Piosenki dzieci kwiatów

November 18th, 2003

JELENIA GÓRA Zagrają znane utwory z lat 60. i 70.

Nie słabnie moda na muzykę sięgającą czasów ”dzieci kwiatów”. Dziś w jeleniogórskim klubie „Kwadrat” na koncert najsłynniejszych utworów z przełomu lat 60. i 70. zaprasza trójka muzyków Jacek Szreniawa, Jacek Jaguś i Piotr Michalak, którą w tym przedsięwzięciu wspierają Maciej Majewski i Dariusz Dąbrowski. Nie zabraknie na pewno utworów Hendrixa, Beatlesów, Rolling Stonesów czy grupy The Doors.

Pomysłodawcy projektu Jacek Szreniawa i Piotr Michalak nie ukrywają, że okres hippisowski pamiętają jedynie z płyt. Rozpoznawalnym znakiem tamtej epoki były kolorowe ciuchy, koraliki we włosach i wolność obyczajowa.
Jednak artystycznym wyrazem narodzonego w USA ruchu hippies była przede wszystkim muzyka, na którą nie mija moda i która wciąż inspiruje współczesnych wykonawców. Muzykę czasów „flower power” grano głównie na wielkich koncertach i festiwalach, z których największym i najsłynniejszym był festiwal w Woodstock w 1969 r. Choć nieocenione wręcz znaczenie miała rola wybitnych filmów („Easy Rider”) i poematów („Skowyt” Allena Ginsberga), to jednak o kulturze i tzw. ruchu hippies decydowały takie zjawiska muzyczne, jak Frank Zappa, Jefferson Airplane, Velvet Underground, Grateful Dead, The Doors, Bob Dylan, Mamas and The Papas, a przede wszystkim czarodziej gitary Jimi Hendrix i najważniejsza w tym gronie – Janis Joplin. Choć Hendixa, Joplin i charyzmaytycznego wokalisty The Doors dawno już nie ma wśród nas, to kolejne pokolenia słuchają ich wielkich przebojów.
Epoka „dzieci kwiatów” to mit wolnej miłości i życia z dala od problemów współczesnego świata. Oczywiście, w dużej mierze były to teksty naiwne, ale w przekonaniu odbiorców – autentycznie szczere. Powtarzał się w nich często motyw niespełnionego uczucia, co zawsze odzwierciedla pragnienia dorastającej młodzieży.

Jacek Szreniawa, Jacek Jaguś, Piotr Michalak, Dariusz Dąbrowski, Maciej Majewski„Piosenki dzieci kwiatów”, Jelenia Góra Klub „Kwadrat”, ul. Bankowa 28/30. godz. 20. Bilety 15 zł.
Dla naszych czytelników mamy pięć pojedynczych zaproszeń do odebrania w naszej redakcji.

Autor artykułu: Jacek Jaśko

Gorąca walka o puchar

November 15th, 2003

JELENIA GÓRA W niedzielę zatańczą najlepsi

Tango, walc wiedeński oraz samba i rumba, to tylko część tańców, które zaprezentują w niedzielę najlepsi tancerze z Polski oraz, między innymi, z Niemiec i Czech. Mistrzowie zaprezentują swoje umiejętności w czasie III Festiwalu Tańca o Puchar Posła na Sejm RP Olgierda Poniźnika.

Impreza rozpocznie się w niedzielę, o godz. 10, na stadionie przy ul. Złotniczej.
- Najbardziej widowiskowa będzie gala finałowa, podczas której wystąpią pary najwyższej klasy – zachęca Tomasz Tabor, którego szkoła tańca organizuje festiwal.
W czasie zawodów zobaczymy około 180 par różnej klasy i w różnym wieku. O godz. 10 zaprezentują się najmłodsi tancerze, w kategorii do lat 9 oraz w wieku 10 – 11 lat. Impreza jest podzielona na cztery części. Pary dorosłe klasy mistrzowskiej zatańczą podczas finału, który rozpocznie się o godz. 17. Wstęp na cały dzień kosztuje 20 zł. Małe dzieci mają wstęp wolny.

Autor artykułu: Katarzyna Magoń

Zdradliwe ślady zębów

November 15th, 2003

Finał zbrodni w Miłoszycach: 15 lat więzienia dla jedynego złapanego dotąd zabójcy

Tomasz K. jest winny nie tylko zgwałcenia, ale i zabójstwa 15-letniej Małgosi K. – orzekł w piątek wrocławski sąd po siedmiu latach od tragicznych wydarzeń. – Sprawiedliwa byłaby tylko kara śmierci – stwierdził ojciec ofiary. Podczas ogłaszania wyroku płakały matki ofiary i oskarżonego. Szlochał także Tomasz K. Od początku mówi, że jest niewinny.

Na ten wyrok trzeba było czekać ponad dwa lata. Tyle trwał zawiły proces. Sprawa zyskała miano najtrudniejszej, jaką rozstrzygał w ostatnich latach wrocławski sąd. Tomasz K. podczas procesu ani razu nie zabrał głosu. W czwartek oświadczył tylko, że niesłusznie został posadzony na ławie oskarżonych i poprosił o uniewinnienie.

Główny dowód

Sala 102 była w piątek wypełniona, przyszły nie tylko rodziny nieżyjącej Małgosi oraz Tomasza K., ale i prokuratorzy, sędziowie, a także protokolantki.
- Nikt nie miał wątpliwości, jaki był przebieg wydarzeń tamtej nocy. Zasadniczą sprawą było natomiast ustalenie, czy uczestniczył w nich Tomasz K. – zaczął uzasadnianie wyroku sędzia Mariusz Wiązek. – Główny dowód, na którym oparł się sąd, to opinia traseologiczna potwierdzająca, że ślady zębów na ciele ofiary to odcisk zębów Tomasza K.
Ta kwestia była analizowana wyjątkowo szczegółowo. Biegły, który wydał opinię, był wzywany do sądu wiele razy, aby rozwiać nasuwające się ciągle wątpliwości.
Sąd wziął pod uwagę także wyniki badania zapachu czapki znalezionej na miejscu zbrodni, który policyjny pies rozpoznał jako woń oskarżonego. Wsparł się także ekspertyzą kodu genetycznego Tomasza K., który pasował do DNA wyodrębionego z włosów ze wspomnianej czapki. Sędzia Wiązek podkreślał jednak, że te dowody jedynie nie wykluczają Tomasza K. jako zabójcy.
- Istotne były nie tylko wyniki tych trzech rodzajów badań, ale i sposób ich przeprowadzenia – zaznaczył sędzia.
Więcej niż żądał prokurator
Nie było natomiast świadków, którzy wprost potwierdziliby, że krytycznej nocy widzieli Tomasza K. w Miłoszycach. Ślady zabezpieczone na miejscu zbrodni wskazują, że sprawców było co najmniej trzech. Do dziś nie udało się ich jednak ustalić.
Prokurator, który oskarżył Tomasza K. tylko o gwałt, żądał dla niego 12 lat więzienia. Jego zdaniem nie było dowodów na to, że sprawcy działali z zamiarem zabicia dziewczyny. Zmarła ona w wyniku odniesionych ran, pozostawiona nieprzytomna na 18-stopniowym mrozie. Mec. Ewa Szymecka, pełnomocnik rodziców Małgosi, domagała się dożywocia, przekonując, że było to zabójstwo. Sąd wymierzając Tomaszowi K. karę 15 lat więzienia przyjął, że sprawcy działali w zamiarze ewentualnym, tzn. zadając Małgosi rany przewidywali i godzili się na jej śmierć. Nie był to jednak zamiar bezpośredni.

Będą apelacje

- Uważam, że taka kwalifikacja jest poprawna, choć zamierzam złożyć apelację co wysokości kary – powiedziała po wyroku mec. Szymecka.
Prokuratura chce się najpierw zapoznać z pisemnym uzasadnieniem wyroku i dopiero wtedy zdecyduje, czy zaskarży wyrok.
Odwoływał się będzie natomiast obrońca Tomasza K. Już teraz zaznacza, że w razie niekorzystnego rozstrzygnięcia w sądzie apelacyjnym złoży wniosek o kasację w Sądzie Najwyższym. A jeśli to nie pomoże, odwoła się do międzynarodowych trybunałów.
- To sprawa szczególna, która długo jeszcze będzie przewijać się przez sądowe wokandy – przewiduje mec. Michał Kelm.

Siedem lat temu

Małgosia została zamordowana w noc sylwestrową 1996 r. Spędzała ją z koleżankami w dyskotece “Alcatraz” w podwrocławskich Miłoszycach. Źle się poczuła po alkoholu i wyszła z kolegą na dwór. Podeszło do nich kilku mężczyzn, powiedzieli, że jeden jest jej bratem i zabrali ją z sobą. Następnego dnia zmasakrowane ciało dziewczynki znaleziono na pobliskiej posesji.
W sądzie w Oławie toczy się inny proces Tomasza K., gdzie jest oskarżony o zgwałcenie 17-latki w Jelczu-Laskowicach. Stało się to pół roku przed śmiercią Małgosi K. Sprawa jest prowadzona za zamkniętymi drzwiami.

Autor artykułu: Alicja Hamkało

Wolna strefa Kłokoczyc i Pawłowic

November 15th, 2003

W poniedziałek na osiedlach Pawłowice i Kłokoczyce drogowcy wprowadzą strefę ruchu uspokojonego. Dla kierowców oznacza to, że wjeżdżając na teren strefy zobowiązani są do przestrzegania ograniczenia prędkości – do 30 km/h. W tym dniu na ulicach stanowiących granicę strefy ustawione zostaną znaki informujące o ograniczeniu. Tydzien później – 24 listopada – zmieni się charakter 17 osiedlowych skrzyżowań, które staną się równorzędne.

Autor artykułu: Bartosz Wawryszuk

Dali samochód

November 14th, 2003

Jak prywatna firma ochroniarska pomaga straży miejskiej pilnować porządku

Jak zobaczyłam w czwartek idących razem strażnika miejskiego i ochroniarza z prywatnej firmy, to zaczęłam zastanawiać się, kto kogo złapał na gorącym uczynku. Do głowy mi nie przyszło, że razem pilnują porządku na osiedlu – opowiada mieszkanka ulicy Rysiej na Popowicach.

Wspólne patrole osiedlowego strażnika miejskiego i pracownika firmy ochroniarskiej na Kozanowie, Pilczycach i Popowicach to efekt podpisanego przed kilkoma dniami porozumienia miedzy komendantem straży miejskiej, szefów firmy “Societas” i tamtejszej rady osiedla.
- Wnioskowaliśmy od dawna o dodatkowego strażnika miejskiego na naszych – ogromnych przecież – osiedlach. Ale okazało się, że musi nam wystarczyć jeden. Kiedy więc pojawiła się propozycja zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom w ten sposób, chętnie na nią przystaliśmy – mówi Henryk Macała, miejski radny i zarazem przewodniczący rady osiedla.

Będą jeździć

Wczoraj dwuosobowy zespół pilnował bezpieczeństwa przy skrzyżowaniu ulic Popowickiej i Wejherowskiej, gdzie nie działały światła. Następny wspólny patrol zaplanowano na przyszły tydzień.
– A w soboty oddajemy do dyspozycji straży samochód patrolowy z nieograniczonym -jak na razie – limitem kilometrów i kierowcą – mówi Marek Woron, prezes “Societasa”.
Dlaczego jego firma zdecydowała się za własne pieniędze (musi przecież utrzymywać radiowóz i płacić pensje oddelegowanym do pomocy straży miejskiej swoim pracownikom) pilnować bezpieczeństwa na osiedlu?
- Jeśli ktoś z naszej branży chce zaistnieć na rynku, musi robić coś dla lokalnej społeczności. Oczywiście, budujemy też w ten sposób zaufanie do nas naszych potencjalnych klientów – tłumaczy prezes Woron.
A co na to straż miejska? – Każda para rąk się liczy. Zamiast jednego patrolu, mamy dwa. Nic tylko się cieszyć – odpowiada Stanisław Węgliński, naczelnik oddziału profilaktyki zagrożeń.

Co on może?

Rzecznik straży miejskiej Dagmara Turek – Samól podkreśla, że działania na Popowicach czy Kozanowie to nie początek, a kolejny etap współpracy wrocławskiej straży miejskiej z firmami ochroniarskimi. Od kilku już lat wspólne patrole pilnowały bezpieczeństwa przed szkołami.
- Robimy to nie tylko z Societasem, ale też np. z firmą Zeco. Oczywiście świadomie wybieraliśmy szkoły, z którymi firmy te nie mają podpisanych osobnych umów na ochronę, żeby nie być posądzanym, że za pieniądze podatników pomagamy im zarabiać – tłumaczy naczelnik Węgliński.
A co może ochroniarz, gdy zauważy, że na osiedlu ktoś łamie prawo? – Zareagować tak jak każdy inny obywatel. Czyli pomóc funkcjonariuszowi np. w zatrzymaniu sprawcy wykroczenia. A na pewno zrobi to skuteczniej i bezpieczniej i dla siebie i dla sprawcy wykroczenia, niż ktokolwiek inny -tłumaczy prezes Societasa.
Nie wykluczone, że podobne wspólne patrole pojawią się wkrótce na innych wrocławskich osiedlach.

Autor artykułu: Krzysztof Kamiński

Awantura o kasę

November 14th, 2003

Taksówkarze protestują przeciw montowaniu kas fiskalnych w ich autach

Dolnośląscy taksówkarze blokowali ruch na drodze krajowej nr 4 między Zgorzelcem i Bolesławcem. Około godziny 13 ich koledzy wyjechali także na ulice Wrocławia, żeby krążyć po ulicach w centrum miasta. W obu przypadkach protest był widoczny, ale utrudnienia w ruchu, które powodowali taksówkarze były nieznaczne.

Średnio czterdzieści kilometrów na godzinę jechały wczoraj dwie kolumny taksówek na drodze krajowej numer 4 między Bolesławcem, a Zgorzelcem. Obie kolumny wyruszyły około godziny 10. Z Bolesławca wyjechało 45, a ze Zgorzelca 86 taksówek.
- Kolumny minęły się i zawróciły do swoich rodzinnych miast – mówi asp. Grzegorz Górski z komendy w Bolesławcu. – Wprawdzie stanowiły pewne utrudnienie, ale jazda z prędkością 40 kilometrów na godzinę nie jest wykroczeniem. Taksówki nie stanowiły dla nikogo zagrożenia, dlatego ograniczyliśmy się tylko do obserwowania obu kolumn i nie interweniowaliśmy – dodaje asp. Górski.

W koło Macieju

We Wrocławiu taksówkarze z wszystkich korporacji przez cztery godziny jeździli wczoraj w koło ulicami Wyszyńskiego, Sienkiewicza, Drobnera, Grodzką, Kazimierza Wielkiego, by potem przez place Dominikański i Społeczny znów trafić na Wyszyńskiego.
- Nie będzie żadnych blokad, żadnego wymachiwania pismami – zapowiadał jeszcze przed protestem Jerzy Pijanka, przewodniczący wrocławskiej Federacji Kierowców Taksówek.
I rzeczywiście było spokojnie. Wprawdzie ok 50 taksówek jeździło wolniej niż zwykle po wyznaczonych ulicach, to nie blokowali przejazdu.
- Ulice były cały czas przejezdne – mówi nadkom Artur Falkiewicz z wrocławskiej policji. – Oczywiście, było to uciążliwe, ale taksówkarze zachowywali się poprawnie i stosowali do naszych poleceń – dodaje.
Nie wszyscy wrocławianie byli jednak tak wyrozumiali.
- 20 minut jechałem od placu Bema do Kazimierza Wielkiego, taki korek spowodowali taksówkarze. Najwięcej czasu spędziłem na ulicy Drobnera. Normalnie ten odcinek, przed godziną 14, przejeżdżam w 5 minut. Jeśli taksówkarze mają coś do rządu, to niech dokuczają rządowi, a nie mieszkańcom. Ja im nie każę montować kas i te flagi na ich samochodach wcale mnie nie wzruszają – mówi Bartłomiej Sokołowski, wrocławianin. – W ramach protestu przeciw protestowi taksówkarzy, postanowiłem przez miesiąc nie zamawiać żadnej taryfy. Nawet gdybym miał w mroźną noc czekać na autobus – zapowiada wrocławianin.

O co ten protest?

Taksówkarze nie chcą montować w swoich samochodach kas fiskalnych.
- To tylko niepotrzebny wydatek – mówi Jerzy Pijanka, który przy licznych poprzednich protestach przekonywał, że państwo tylko straci na tym pomyśle. Jego zdaniem w całym kraju za zakup kas trzeba będzie zapłacić 300 – 400 milionów złotych. Z czego połowę, czyli 150 – 200 milionów będzie musiało pokryć Ministerstwo Finansów. Czy ktoś w Warszawie w ogóle policzył, ile będzie się dało na tym zarobić? – zastanawia się Pijanka.
- Przecież my nie płacimy podatku VAT, a informacje potrzebne urzędnikom skarbowym można uzyskać z naszych taksometrów – mówi Janusz, wrocławski taksówkarz.
On i jego koledzy przekonują, że montowanie dodatkowych kas w samochodach to błąd. Do tego będzie się to wiązało także z koniecznością wymiany taksometrów.
- Nie będzie nas na to stać, a do tego nie będziemy w stanie wszyscy wymienić kas przed pierwszym stycznia – przekonuje Pijanka.
Jednak tym razem “nie – kasom fisklanym” nie jest jedynym hasłem protestujących. Taksówkarze domagają także jasnych procedur opłat podatku VAT. Do tej pory fiskusowi mogą płacić ryczałtem korzystając z tzw. karty podatkowej.

Inni mieli gorzej

Taksówkarze protestowali we wszystkich większych miastach w Polsce. Blisko 200 aut zablokowało na pół godziny katowickie rondo. Taksówkarze pojawili się tam około 10, włączyli klaksony i zablokowali wszystkie pasy na rondzie, przepuszczali tylko niektóre samochody. Część zniecierpliwionych kierowców uciekała z ronda przez skwery.
Podobnie było w Poznaniu, gdzie taksówki przez cały dzień blokowały dwa ronda: Kaponiera w centrum miasta i Obornicka na skrzyżowaniu dróg krajowych nr 5 i 2. Także w Łodzi tworzyły się kilkusetmetrowe korki.

Autor artykułu: Bartłomiej Knapik

Bez studiów podyplomowych

November 14th, 2003

Nowa ustawa może skomplikować sytuację prywatnych uczelni

Kilka dni temu komisja prezydencka zakończyła prace nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym. Proponowane przepisy ograniczają możliwości prowadzenia przez szkoły prywatne studiów podyplomowych oraz ośrodków pozamiejscowych.

Niektórzy naukowcy odebrali ten dokument jako próbę walki uczelni państwowych ze szkołami niepublicznymi i twierdzą, że ustawa podzieli środowisko naukowe.

We Wrocławiu na około 100 tysięcy studentów 20 tysięcy to słuchacze prywatnych uczelni. Dla wielu szkoła niepubliczna to jedyna możliwość uzyskania wykształcenia. Najbardziej w szkołach prywatnych cenią dobrą atmosferę i znacznie lepsze warunki nauki. O studenta, który chce zapłacić, aby móc się uczyć, rozgorzała walka między uczelniami. Jak twierdzą niektórzy, nowa ustawa sprzyja jednak uczelniom państwowym.

Większa kontrola nad szkołami

– Ustawa pozostawia zbyt wiele możliwości ministrowi i od jego rozporządzeń będzie zależało, jak ten przepis zostanie zrealizowany – mówi prof. dr hab. Stefan Forlicz, rektor Wyższej Szkoły Bankowej, przewodniczący konferencji rektorów wyższych szkół niepaństwowych Wrocławia.
Szkoły prywatne od dawna nalegały na stworzenie jednolitej ustawy, gdyż dotychczas pracowały na podstawie dwóch przepisów. Nowy dokument daje większy nadzór nad szkołami wyższymi, a minister będzie mógł łatwiej je zlikwidować, gdy dojdzie do nieprawidłowości. Najwięcej kontrowersji wzbudza jednak zapis o możliwości pracy na kilku uczelniach oraz o konieczności wyrażenia zgody przez rektora na pracę w innej szkole.
- Mieliśmy do czynienia z przypadkami zupełnie patologicznymi, jak prowadzenie działalności konkurencyjnej wobec własnej uczelni – powiedział ostatnio “Rzeczpospolitej” prof. Jerzy Woźnicki, przewodniczący zespołu prezydenckich ekspertów. – Chodzi też jednak, aby zapewnić mobilność kadry. Dlatego pozostawiamy możliwość udzielania zgody przez rektora na warunkach określonych przez senat uczelni.

Jaka jest nowa ustawa

Nowa ustawa dzieli szkoły na trzy kategorie. Pierwsze mogą nadawać tytuł doktora, drugie magistra, a trzecie to szkoły licencjackie. O tym, jakie szkoła będzie miała uprawnienia, decyduje tzw. własna kadra, czyli naukowcy zatrudnieni na tzw. pierwszym etacie. Jak twierdzą przedstawiciele szkół prywatnych, ich możliwości edukacyjne są znacznie ograniczone przez wymogi stawiane w prowadzeniu studiów podyplomowych. Tu przewagę uzyskują uczelnie publiczne i przejmują najbardziej dochodowe kształcenie.
- Studia podyplomowe mają zwiększyć kwalifikacje zawodowe – mówi prof. Forlicz. – Nie ma uzasadnienia, aby mogły je prowadzić jedynie szkoły mające uprawnienia do nadawania tytułów doktorskich. Trudno od nas wymagać, abyśmy już po kilku latach dysponowali swoimi samodzielnymi pracownikami naukowymi, gdyż aby ich wychować, potrzeba kilkunastu lat.

Szkolnictwo wyższe podzielone

Choć jeszcze nowa ustawa nie weszła w życie, już dziś można odczuć podział na szkoły państwowe i prywatne. Studenci ze szkół państwowych narzekają, że do prywatnych uczelni można łatwiej się dostać, a wykładowcy traktują słuchaczy ulgowo. Studenci szkół niepublicznych jako zalety wymieniają lepsze warunki nauczania i lepszą atmosferę.
- Nie jest dobrze, gdy młody człowiek nie ma możliwości wyboru w ofercie edukacyjnej – mówi Paweł Wiśniewski, student administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. – Państwo powinno dbać, aby ta propozycja była jak największa, a szkoły dawały gwarancję dobrego wykształcenia. Często jednak poziom szkół prywatnych jest niski.
- Szkoły prywatne są lepiej zorganizowane i lepiej wyposażone – mówi Edyta Janik, studentka Wyższej Szkoły Bankowej. – Inne jest nastawienie wykładowców, a także pracowników uczelni do studentów. Na zajęciach odczuwam, że szkole zależy, abym była jak najlepiej przygotowana do zawodu.

Autor artykułu: Piotr Zarzycki

W dobre ręce

November 12th, 2003

JELENIA GÓRA Miasto chce oddać placówki opiekuńczo-wychowawcze.

Samorząd nie chce dalej prowadzić Domu Małego Dziecka, Pogotowia Opiekuńczego i Ośrodka Adopcyjnego. Zdaniem władz miasta, lepiej zrobią to organizacje pozarządowe, których działalność może być finansowana z unijnych pieniędzy.
Do 24 listopada organizacje i instytucje zainteresowane prowadzeniem wspomnianych placówek mogą składać oferty w urzędzie miasta. Pod koniec miesiąca prezydent wyłoni zwycięzców konkursu. Tymczasem wśród pracowników tych placówek panuje atmosfera niepewności i strach o miejsca pracy. Read the rest of this entry »

Z groźbami do prokuratury

November 12th, 2003

LEGNICA Dyrektor teatru walczy z telefonicznym monopolistą.

Firma windykacyjna na zlecenie Telekomunikacji Polskiej ściga Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy za niezapłacone rachunki telefoniczne. Szkopuł w tym, że teatr już dawno je zapłacił. Na dowód tego dyrektor teatru, Jacek Głomb, pokazuje dokumenty. Telefoniczny potentat pozostaje jednak głuchy na jego sygnały. A windykator grozi teatrowi wpisaniem na listę rejestru niewypłacalnych dłużników.

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej od dawna ma poważne problemy finansowe. Nie ma sezonu, by jego szefostwo nie urządzało spektakularnych protestów przeciwko polityce finansowej władz miasta i województwa.
- Artystycznych sukcesów nam nie brakuje, a bieda aż piszczy. Teraz doszedł nam kolejny kłopot. Problem z wielkim krajowym monopolistą – Telekomunikacją Polską SA – mówi dyrektor Jacek Głomb.

Głuche telefony potentata

Telekomunikacja Polska twierdzi, że legnicki teatr jest jej winny 4 tys. 832 zł i 12 groszy. Są to rachunki za telefony zainstalowane w Domu Aktora. Jest to blok, w którym mieszka większość legnickich aktorów. W każdym mieszkaniu jest telefon. Aktorzy płacą za nie w administracji teatru. A ten przelewa pieniądze na konto Telekomunikacji.
- Wszystko jest więc pod kontrolą. Niemożliwe jest, by jakiś nasz pracownik nie płacił operatorowi, a my byśmy o tym nie wiedzieli – tłumaczy księgowa teatru, Monika Bieniusiewicz.
W październiku do teatru listonosz zaczął przynosić wezwania do zapłaty. Uzbierało się ich w sumie dwadzieścia.
- Wynika z nich, że od maja nie regulujemy rachunków za poszczególne numery w Domu Aktora. Nasz dług rzekomo wynosi około pięciu tysięcy złotych. To bzdura! – irytuje się dyrektor Jacek Głomb.

Na liczne pisma i telefony pracowników administracji teatru nie było jednak odpowiedzi. Wyjaśnieniem sprawy obiecał się ponoć zająć rzecznik prasowy TP SA z Warszawy. Ale on też stał się nagle nieosiągalny.

- Wszystkie rachunki są zapłacone, co do grosza. Przyznaję, mamy zaległość za telefony. Za wrzesień. Ale one są z całkiem innej półki i nie mają ze sprawą nic wspólnego. Wysłane przez nas pieniądze zostały najzwyczajniej źle zaksięgowane. I teraz mamy problem – dodaje Głomb.

Krucjata na monopol

Teatr podpisał umowę z Telekomunikacją Polską w maju 2002 roku. Wicedyrektorka Ewa Orzechowska wspomina, że bardzo długo ją negocjowała.
- Już wtedy zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Kilkakrotnie, gdy wszystkie szczegóły były już ustalone, znikał pracownik, który z nami rozmawiał. Dowiadywaliśmy się nagle, że ten pan już tam nie pracuje. Kiedy już umowa została podpisana, na dzień dobry dostaliśmy pismo informujące o zmianie cennika. Odwołaliśmy się, ale odpowiedzi nie dostaliśmy do dziś. W tej firmie panuje straszny bałagan. Dochodziło do tego, że wystawiano nam faktury niekorzystne dla TP SA. Uczciwie je odsyłaliśmy – mówi Ewa Orzechowska.

Jacek Głomb, znany z barwnych porównań, twierdzi, że cała ta sytuacja jest żywcem wzięta z rzeczywistości Kafki.
- U niego też człowiek jest niczym i nikim wobec wszechpotężnej instytucji. Dlatego postanowiliśmy wybrać się z krucjatą na monopolistę. Jestem przekonany, że jest więcej pokrzywdzonych przez tę firmę. My, jako firma zatrudniająca 60 osób nie możemy sobie poradzić z monopolistą. A co dopiero małe firmy albo zwykli ludzie? – zastanawia się dyrektor Głomb.

Z twarzą Czubówny

Kilka dni temu jedna z warszawskich firm windykacyjnych przysłała pismo, w którym nakazuje teatrowi zapłacenie 228 zł. – W najbliższych dniach spodziewamy się kolejnych takich wezwań. To jeden z rzekomo niezapłaconych rachunków – tłumaczy Monika Bieniusiewicz.
Jacek Głomb zapowiada, że pójdzie nawet do prokuratury. – Ta firma nie ma prawa nas zastraszać. Okazuje się, że Telekomunikacja Polska ma dwie twarze. Jedną, sympatyczną Krystyny Czubówny. A drugą nonszalancką i nieprofesjonalną – twierdzi Głomb.

Dyrektor legnickiego teatru od dawna próbuje z kimś wyjaśnić te nieporozumienie. Jak dotąd mu się to nie udało. – Może wam będzie łatwiej – mówi.
Niestety, przegraliśmy z kolejnym długim weekendem w tym roku. Zarówno w TP SA, jak i w firmie ściągającej długi wszyscy mieli wolne. – Proszę dzwonić w środę – usłyszeliśmy w obu instytucjach. Tak też zrobimy. O tym, jak całą tę sprawę wytłumaczono, napiszemy więc w jutrzejszym “Słowie”.

Autor artykułu: Paweł Jantura

Odleciały bilety za 99 zł

November 12th, 2003

Pierwsze tanie linie lotnicze ruszą w Warszawie, a nie we Wrocławiu.

Z zapowiedzi, że w połowie listopada ze stolicy Dolnego Śląska będzie można za 99 złotych polecieć do Londynu, Rzymu czy Paryża nic nie wyszło. Przewoźnicy nie dostali pozwoleń z Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

W drugiej połowie listopada z lotniska na Strachowicach miały wystartować pierwsze Boeingi wrocławskich tanich linii lotniczych Dream Air. Za 230 złotych mieliśmy latać do Londynu i Paryża. Zapowiadano także, że do końca roku na pasie startowym wrocławskiego lotniska pojawią się także Airbusy w barwach GetJet. Za ich bilety do Rzymu, Paryża i Londynu mieliśmy płacić już od 99 złotych. Ale na zapowiedziach się skończyło. Mimo że pozwolenia z Urzędu Lotnictwa Cywilnego dla polskich tanich przewoźników miały zostać wydane na dniach.

Góra urodziła mysz

W ubiegłym tygodniu ULC wydał pierwsze pozwolenie dla krajowych tanich linie lotnicze. Dostała je jednak tylko Air Polonia, która będzie latać z Warszawy, a nie z Wrocławia.

- Naszym podstawowym portem lotniczym jest Okęcie – mówi Eryk Kłopotowski, rzecznik prasowy Air Polonia.
Ale dodaje, że linie prowadzą także rozmowy z władzami innych portów lotniczych w Polsce w tym także z wrocławskimi Strachowicami. – Na razie mamy jednak tylko dwa samoloty i będą one latać z Warszawy. Najpierw do któregoś z portów w Wielkiej Brytanii – tłumaczyKłopotek.
A co z liniami, które chciały latać z Wrocławia?
- Z polskich przewoźników jedynie Air Polonia spełnia wszystkie formalne wymagania, aby rozpocząć działalność na rynku tanich przewozów – powiedział w ubiegłym tygodniu na konferencji prasowej Krzysztof Kapis, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Bez pozwolenia z ULC nie mogą latać żadne samoloty. W Urzędzie nikt nie chciał oficjalnie powiedzieć, dlaczego Air Polonia dostał zielone światło, a pozostałe linie nie.
- Polonia ma już dwa samoloty, a Dream Air i GetJet nie – twierdzi Andrzej Barski, prezes wrocławskiego portu lotniczego. – Dlatego tylko ona dostała, a reszta musi czekać.

Czekać na zagranicznych

Najdziwniejsze jest to, że na Zachodzie linie lotnicze rzadko są właścicielami samolotów, na których latają.
- Nowe samoloty to ogromny wydatek, zwłaszcza dla firm, które dopiero rozpoczynają działalność – mówi Ryszard Zembala, wiceprezes ds. marketingu krakowskiego portu lotniczego.

A właśnie w takiej sytuacji są przewoźnicy, którzy myślą o lataniu z Wrocławia. GetJet ma zamiar wziąć w leasing dwa Airbusy, a Dream Air dwa Boeingi.
- Moglibyśmy latać już od miesięcy, ale cierpliwie czekamy na pozwolenie Urzędu – powtarza od dawna Adam Warzycha, rzecznik prasowy Air Silesia, który jest właścicielem GetJet.
Może się okazać, że zanim obie linie je dostaną, zostanie wprowadzone tak zwane “Otwarte Niebo”, czyli prawo do startów i lądowań na polskich lotniskach tanich, zagranicznych, linii lotniczych. Wiadomo, że stanie się to już 1 maja przyszłego roku, czyli gdy staniemy się członkiem Unii Europejskiej. Ale w Ministerstwie Infrastruktury, które nadzoruje ULC, urzędnicy wciąż liczą, że uda się to zrobić od pierwszego stycznia. A wtedy we Wrocławiu bez ograniczeń będą mogły już lądować zagraniczni przewoźnicy.

Nadzieja w obcych

Władze wrocławskiego portu lotniczego prowadzą rozmowy z kilkoma tanimi przewoźnikami. Jedna z holenderskich linii lotniczych chce uruchomić połączenia Wrocław – Amsterdam. Bilet do stolicy Holandii miałby kosztować ok. 250 złotych. Wrocławiem zainteresowane są także niemieckie tanie linie Germania i Air Berlin, które latają już do Pragi. Wciąż także toczą się negocjacje z Ryanairem – drugimi, pod względem wielkości floty, tanimi liniami w Europie.

Autor artykułu: Bartłomiej Knapik