LEGNICA Dyrektor teatru walczy z telefonicznym monopolistą.
Firma windykacyjna na zlecenie Telekomunikacji Polskiej ściga Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy za niezapłacone rachunki telefoniczne. Szkopuł w tym, że teatr już dawno je zapłacił. Na dowód tego dyrektor teatru, Jacek Głomb, pokazuje dokumenty. Telefoniczny potentat pozostaje jednak głuchy na jego sygnały. A windykator grozi teatrowi wpisaniem na listę rejestru niewypłacalnych dłużników.
Teatr im. Heleny Modrzejewskiej od dawna ma poważne problemy finansowe. Nie ma sezonu, by jego szefostwo nie urządzało spektakularnych protestów przeciwko polityce finansowej władz miasta i województwa.
- Artystycznych sukcesów nam nie brakuje, a bieda aż piszczy. Teraz doszedł nam kolejny kłopot. Problem z wielkim krajowym monopolistą – Telekomunikacją Polską SA – mówi dyrektor Jacek Głomb.
Głuche telefony potentata
Telekomunikacja Polska twierdzi, że legnicki teatr jest jej winny 4 tys. 832 zł i 12 groszy. Są to rachunki za telefony zainstalowane w Domu Aktora. Jest to blok, w którym mieszka większość legnickich aktorów. W każdym mieszkaniu jest telefon. Aktorzy płacą za nie w administracji teatru. A ten przelewa pieniądze na konto Telekomunikacji.
- Wszystko jest więc pod kontrolą. Niemożliwe jest, by jakiś nasz pracownik nie płacił operatorowi, a my byśmy o tym nie wiedzieli – tłumaczy księgowa teatru, Monika Bieniusiewicz.
W październiku do teatru listonosz zaczął przynosić wezwania do zapłaty. Uzbierało się ich w sumie dwadzieścia.
- Wynika z nich, że od maja nie regulujemy rachunków za poszczególne numery w Domu Aktora. Nasz dług rzekomo wynosi około pięciu tysięcy złotych. To bzdura! – irytuje się dyrektor Jacek Głomb.
Na liczne pisma i telefony pracowników administracji teatru nie było jednak odpowiedzi. Wyjaśnieniem sprawy obiecał się ponoć zająć rzecznik prasowy TP SA z Warszawy. Ale on też stał się nagle nieosiągalny.
- Wszystkie rachunki są zapłacone, co do grosza. Przyznaję, mamy zaległość za telefony. Za wrzesień. Ale one są z całkiem innej półki i nie mają ze sprawą nic wspólnego. Wysłane przez nas pieniądze zostały najzwyczajniej źle zaksięgowane. I teraz mamy problem – dodaje Głomb.
Krucjata na monopol
Teatr podpisał umowę z Telekomunikacją Polską w maju 2002 roku. Wicedyrektorka Ewa Orzechowska wspomina, że bardzo długo ją negocjowała.
- Już wtedy zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Kilkakrotnie, gdy wszystkie szczegóły były już ustalone, znikał pracownik, który z nami rozmawiał. Dowiadywaliśmy się nagle, że ten pan już tam nie pracuje. Kiedy już umowa została podpisana, na dzień dobry dostaliśmy pismo informujące o zmianie cennika. Odwołaliśmy się, ale odpowiedzi nie dostaliśmy do dziś. W tej firmie panuje straszny bałagan. Dochodziło do tego, że wystawiano nam faktury niekorzystne dla TP SA. Uczciwie je odsyłaliśmy – mówi Ewa Orzechowska.
Jacek Głomb, znany z barwnych porównań, twierdzi, że cała ta sytuacja jest żywcem wzięta z rzeczywistości Kafki.
- U niego też człowiek jest niczym i nikim wobec wszechpotężnej instytucji. Dlatego postanowiliśmy wybrać się z krucjatą na monopolistę. Jestem przekonany, że jest więcej pokrzywdzonych przez tę firmę. My, jako firma zatrudniająca 60 osób nie możemy sobie poradzić z monopolistą. A co dopiero małe firmy albo zwykli ludzie? – zastanawia się dyrektor Głomb.
Z twarzą Czubówny
Kilka dni temu jedna z warszawskich firm windykacyjnych przysłała pismo, w którym nakazuje teatrowi zapłacenie 228 zł. – W najbliższych dniach spodziewamy się kolejnych takich wezwań. To jeden z rzekomo niezapłaconych rachunków – tłumaczy Monika Bieniusiewicz.
Jacek Głomb zapowiada, że pójdzie nawet do prokuratury. – Ta firma nie ma prawa nas zastraszać. Okazuje się, że Telekomunikacja Polska ma dwie twarze. Jedną, sympatyczną Krystyny Czubówny. A drugą nonszalancką i nieprofesjonalną – twierdzi Głomb.
Dyrektor legnickiego teatru od dawna próbuje z kimś wyjaśnić te nieporozumienie. Jak dotąd mu się to nie udało. – Może wam będzie łatwiej – mówi.
Niestety, przegraliśmy z kolejnym długim weekendem w tym roku. Zarówno w TP SA, jak i w firmie ściągającej długi wszyscy mieli wolne. – Proszę dzwonić w środę – usłyszeliśmy w obu instytucjach. Tak też zrobimy. O tym, jak całą tę sprawę wytłumaczono, napiszemy więc w jutrzejszym “Słowie”.
Autor artykułu: Paweł Jantura