Archive for the ‘Archiwa z Niewiarygodnych Historii’ Category

Nauczą, jak przetrwać

Saturday, November 29th, 2003

MICHAŁOWICE Powstał ośrodek szkoleniowy ratowników

Uratować życie może czasem kawałek liny – mówi Marian Sajnog, założyciel Centrum Ratownictwa Kataklizmowego. Wyspecjalizowana grupa ratowników będzie od poniedziałku przygotowywać chętnych, jak zachować się i przetrwać w każdej sytuacji zagrożenia.

Zamierza kształcić profesjonalne służby i amatorów. Jest w stanie przeszkolić kilka tysięcy osób rocznie. W piątek otwarto ośrodek szkoleniowy centrum.
Centrum Ratownictwa Kataklizmowego prowadzi działalność ratunkową od sierpnia 2001 r. Działalność szkoleniową w ośrodku rozpoczyna 1 grudnia, czyli w poniedziałek. Należą do niego ratownicy GOPR, WOPR i straży pożarnej. Działalnością edukacyjną jednostki są już zainteresowani wójtowie i burmistrzowie niektórych gmin.
- Mamy na swoim terenie gminy typowo górskie, w których gwałtowne burze, ulewy i wezbrane potoki potrafią stworzyć niesamowite zagrożenie: zrywać mosty, podmywać domy. W takich sytuacjach ważna jest pomoc sąsiedzka – stwierdza Marek Mikrut ze Związku Gmin Karkonoskich. – Najskuteczniejsza jest najszybsza akcja ratunkowa – ocenia.

Pies na linach

- Nastawimy się na szkolenie ratowników, organizatorów akcji ratunkowych w fazie izolacji. Chodzi też o zwykłych ludzi. O to, żeby umieli zorganizować akcję ratunkową, na przykład u swoich sąsiadów, w swojej wsi, na swoim osiedlu – tłumaczy Marian Sajnog.
W piątek na otwarciu ośrodka można było obejrzeć próbkę umiejętności ratowników z Centrum Ratownictwa Kataklizmowego, m.in. widowiskowy pokaz ewakuacji z zagrożonego budynku przy pomocy metod stosowanych w górach. W miejsce wypadku wciągano też na linach psa. Na otwarcie przyjechały zaprzyjaźnione jednostki z całego kraju, m.in. WOPR z Mazur, grupy ratowników górskich, strażacy i żołnierze.
Ośrodek szkoleniowy w Michałowicach ma 130 miejsc więc rocznie może zostać przeszkolonych nawet kilka tysięcy osób.
- Nie są na to potrzebne duże pieniądze – zapewnia Marian Sajnog.
Kataklizmy, w których mogą przydać się umiejętności ratownicze to nie tylko terroryzm, epidemie i choroby. To także pożar mieszkania, podtopienie domu przez wezbraną rzekę, czy wypadek samochodowy na ulicy.

Zapobiec bezradności

Jak potrzebna jest profesjonalna pomoc przeszkolonych ratowników mogliśmy się przekonać już nieraz. W Łodzi małżeństwo musiało zeskoczyć z pietra, gdy paliło się mieszkanie i nikt nie potrafił ich uratować. Wezbrany potok niebezpiecznie podmył domy w Kowarach.
- Świadkowie wypadku bardzo rzadko potrafią udzielić pomocy medycznej. Ich udział ogranicza się często do bycia gapiem, zamiast organizowania skutecznej pomocy – mówi jeden z lekarzy jeleniogórskiego pogotowia. – Większość osób nie potrafi nawet sprawdzić tętna lub założyć opatrunku, nie mówiąc już o reanimacji poszkodowanego.
Centrum jest w stanie przeszkolić liderów, którzy w razie katastrof będą w stanie pokierować zorganizowaną akcją ratowniczą. Nauczy jak przeżyć w niskich temperaturach, postępować w przypadku zdarzeń komunikacyjnych, utonięć, zaginięć na nieznanym terenie lub lawin.

Gminy są zainteresowane

Propozycję szkoleń przedstawiono już burmistrzom i wójtom, m.in. Karpacza, Podgórzyna, Szklarskiej Poręby i Kowar. Wyrazili zainteresowanie.
- W każdej gminie przydałaby się ekipa przeszkolonych osób, które w razie konieczności potrafią szybko zareagować, włączyć się do akcji – mówi Marek Mikrut ze Związku Gmin Karkonoskich.
PCK zaproponowało, żeby w gminach tworzyć młodzieżowe drużyny ratownicze, szkolić licealistów i gimnazjalistów. Szkoleni mogą być także członkowie ochotniczych straży pożarnych.
- Czy znajdą się fundusze na szkolenia, to zależy od gmin. Plan musi się znaleźć w przyszłorocznym budżecie – stwierdza Mikrut.

Autor artykułu: Katarzyna Magoń

Ciekawie w Kielcach

Saturday, November 29th, 2003

PIŁKA RĘCZNA Ekstraklasa kobiet i mężczyzn

W najbliższej kolejce kobiecej ekstraklasy odbędzie się wiele niezwykle ciekawych spotkań, pomiędzy zespołami rywalizującymi o najwyższe cele. Dolnośląskich kibiców najbardziej interesuje mecz z Kielcach, gdzie miejscowy Kolporter podejmie wicelidera – Vitaral Jelfę Jelenia Góra.

Oba zespoły rywalizują ze sobą w lidze dopiero od trzech sezonów, od kiedy w ekstraklasie grają kielczanki. Do tej pory zespół z Kielc tylko raz wygrał na własnym parkiecie z Jelfą, zanotował także dwie porażki. W poprzedniej kolejce Kolporter przegrał na wyjeździe z Sośnicą Gliwice, natomiast popularne “Witaminki” pokonały mocną Natę Gdańsk i umocniły się w pierwszej trójce ligi.
Mecz w Kielcach to także pojedynek czołowych snajperek ligi. W Kolporterze gra Natalia Artsiomenko – 63 bramki, a w Jelfie Magdalena Młot – 60 goli.
Drugi dolnośląski zespół – Mercus Zagłębie Lubin – podejmuje na własnym parkiecie Łącznościowca Szczecin (sobota, godz. 16). Liczymy na łatwą wygraną podopiecznych Bożeny Karkut. Szczecinianki to najsłabszy zespół ligi, który odniósł do tej pory tylko jedno zwycięstwo.
W męskiej ekstraklasie mamy natomiast nadzieję na komplet punktów. Wszystkie dolnośląskie drużyny występują w roli faworytów. U siebie zagra PZU Życie Zagłębie Lubin (sobota, godz. 19), które podejmie młody zespół DGT AZS AWFiS Gdańsk. Do najsłabszej drużyny ligowej, czyli Gwardii Opole wyjeżdża wrocławski Śląsk. Gwardziści są jedyną drużyną w ekstraklasie, która nie wygrała jeszcze meczu w tym sezonie. Mecz w Opolu będzie okazją do powrotu na “stare śmieci” dla bramkarza Śląska Marcina Makówki, który jeszcze w poprzednim sezonie grał w Gwardii.
Walczący o czołową szóstkę AMD Chrobry Głogów wyjeżdża do Zabrza na mecz z MOSiR-em. Jeżeli podopieczni Piotra Zembrzuskiego i Wojciecha Skołozdrzego chcą walczyć o miejsce w górnej połówce tabeli musza wygrać z drużyną, która ma na swoim koncie tylko jedno zwycięstwo, dwa remisy i aż osiem porażek.

Autor artykułu: Tomasz Hucał

I i II liga koszykówki

Saturday, November 29th, 2003

W sobotę Turów Zgorzelec podejmie we własnej hali Tytana Częstochowa. Patrząc na tabelę I ligi koszykarzy powinien to być łatwy mecz dla podopiecznych Radosława Czerniaka.

Zgorzelczanie zajmują drugie miejsce w tabeli, natomiast zespół z Częstochowy jest dopiero dwunasty. W Tytanie gra m. in. znany z występów w Górniku Wałbrzych Rafał Motyl.
W II lidze pauzują wałbrzyszanie, natomiast niezwykle ciężkie mecze czekają dwa pozostałe nasze zespoły. Śląsk II Wrocław podejmie wicelidera Tarnovię Tarnowo Podgórne, natomiast Sudety Jelenia Góra zagrają w Poznaniu z KKS-em. Zespół ze stolicy Wielkopolski jest w tabeli trzeci, ale pewnym pocieszeniem dla Sudetów może być fakt, że przegrał dwa ostatnie mecze, w tym z Polonią Leszno aż 56:82.

Autor artykułu: Tomasz Hucał

Szybciej i dokładniej

Friday, November 28th, 2003

Szpital zaoszczędzi dzięki prywatnemu imwestorowi

1,5 mln zł kosztował najnowocześniejszy na Dolnym Śląsku tomograf komputerowy, z którego korzysta Dolnośląskie Centrum Chorób Płuc na Grabiszyńskiej. Sprzęt zakupiła prywatna firma, której szpital wydzierżawił pomieszczenia.

- Obliczyliśmy, że dzięki otwarciu pracowni tomograficznej w szpitalu, zaoszczędzimy 150 tysięcy zł rocznie, czyli mniej więcej jedną trzecią tego, co do tej pory wydawaliśmy na badania w innych placówkach. Odpadną nam koszty transportu pacjentów, trochę mniej niż dotychczas zapłacimy za samo korzystanie z tomografu – mówi Jerzy Sypuła, dyrektor Dolnośląskiego Centrum Chorób Płuc
Firma, która zakupiła tomograf płaci szpitalowi za dzierżawę pomieszczeń i korzystanie z mediów. Na własny koszt wyremontowała również sale pracowni tomograficznej.
- Do tej pory naszą specjalnością były kasy fiskalne, postanowiliśmy rozszerzyć działalność. Podpisaliśmy już kontrakt ze szpitalem im Babińskiego, któremu od przyszłego roku będziemy udostępniać tomograf – mówi Marek Skorulski, prezes Skanmexu.
Pod względem jakości – zdaniem właścicieli – oprogramowanie tomograf jest najnowocześniejsze w Europie i trzecie na świecie. Dzięki niemu wszystkie badania można wykonywać dwa razy szybciej, niż na innych tomografach na Dolnym Śląsku.

Autor artykułu: Anna Andrusyszyn-Wojtasik

Zielone światło dla drogi

Friday, November 28th, 2003

Wschodnia obwodnica Wrocławia powstanie do 2008 roku

Cztery ostatnie zarzuty dotyczące przebiegu drogi łączącej Bielany z Długołęką zostały wczoraj oddalone przez naczelny Sąd Administracyjny. Tym samym znikły wszelkie bariery prawne nie pozwalające na budowę tej drogi.

Budowę, która zreszta rozpoczęła się we wrześniu, w tej chwili nic już nie jest w stanie powstrzymać.
Najwięcej kłopotów sprawiał newralgiczny punkt – odcinek drogi między Łanami a Kamieńcem Wrocławskim, na terenie gminy Czernica. To stamtąd pochodziły oddalone wczoraj protesty. Mieszkańcy obu wsi chcieliby, żeby droga została wytyczona z drugiej strony Łan, czyli bliżej Wrocławia. – Wtedy biegłaby ona przez las, który skutecznie wytłumiłby hałas – mówi Wojciech Doliński, z Kamieńca Wrocławskiego.
Jednak projektanci i władze twierdzą, że droga musi iść akurat między tymi wsiami. Lech Gocoł, sekretarz gminy Czernica przekonywał wczoraj w sądzie, że gdyby droga omijała Łany z drugiej strony, wchodziłaby w sam środek terenów wodonośnych, z których czerpana jest woda, która płynie w kranach mieszkańców Wrocławia. Gocoł przekonywał, że nie zgodziłby się na to zarząd gospodarki wodnej. Taka argumentacja przekonała wczoraj także sędziów, którzy oddalili ostatnie zarzuty dotyczące lokalizacji drogi Bielany – Łany – Długołęka.
- To duży sukces – cieszy się Janusz Pezda, wicemarszałek województwa, odpowiedzialny za inwestycje. – Oznacza to, ze już nic, poza brakiem pieniędzy nie stoi na przeszkodzie, żeby zakończyć budowę tej drogi w 2008 roku. A te pieniądze muszą się znaleźć.
Budowa pierwszego fragmentu obwodnicy – rondzie w Żernikach – jeszcze się nie zakończyła, ale drogowcy właśnie wylewają tam asfalt.
- Prace na rondzie w Żernikach zakończą się za kilka tygodni. – mówi Andrzej Jakubowski, dyrektor Dolnośląskiego Zarządu Dróg Wojewódzkich. Jednak Jakubowski nie był w stanie powiedzieć co będzie w stanie wybudować w przyszłym roku. – Nie wiem jeszcze ile pieniędzy dostanę w przyszłym roku – dodaje dyrektor.

Autor artykułu: Bartłomiej Knapik

Błąd czy manipulacja

Friday, November 28th, 2003

Lekarka oskarżona o zabicie żony swojego kochanka walczy o uniewinnienie

Ktoś niepowołany robił zapisy w karcie dentystycznej Anety Ch. – zeznała wczoraj w sądzie asystentka stomatologiczna, która wypełniała ten dokument. Może uniemożliwić to identyfikację zwłok, które mąż Anety Ch. rozpoznał jako szczątki swojej żony.

Ma to ważne znaczenie dla lekarki Agaty M., którą wrocławska prokuratura oskarża o zamordowanie tej kobiety. Agata M. już raz raz została skazana na 25 lat więzienia, ale Sąd Najwyższych uchylił wyrok. Sprawa toczyła się od nowa, lecz finał był ten sam: ćwierć wieku więzienia. Teraz rozpatruje ją Sąd Apelacyjny we Wrocławiu, do którego odwołali się obrońcy lekarki.
Próbują oni dowieść, że zwłoki skremowane jako Aneta Ch. to ktoś inny. A skoro nie ma ciała, nie ma zbrodni. Sąd musiałby więc uniewinnić Agatę M.
Wczoraj biegły lekarz przy użyciu techniki multimedialnej miał zaprezentować wyniki nowej ekspertyzy dotyczącej identyfikacji zwłok. Okazało się jednak, że tylko jeden z trojga obrońców Agaty M. dostał ją kompletną. Pozostali nie mogli się z nią zapoznać i przemyśleć pytań do biegłego.
Nikt nie robił badań DNA szczątków Anety Ch., bo mąż nie miał wątpliwości, że to jego żona. Kiedy obrońcy Agaty M. zaczęli podważać tożsamość zwłok, specjaliści uznali, że nie można przeprowadzić badań genetycznych prochu po kremacji. Odnalazła się jednak karta dentystyczna Anety Ch., którą biegły miał porównać z protokołem sekcji zwłok. Miało to ostatecznie rozwiać wątpliwości adwokatów co do jej tożsamości. Wczoraj asystentka stomatologiczna, której sąd pokazał kartę leczenia Anety Ch., stwierdziła, że są tam zapisy, których nie robiła ani ona, ani dentystka. Nie wiadomo zatem, czy sąd uzna kartę za wiarygodny dokument. Rozprawę odroczono do 15 grudnia.
Przypomnijmy, że według prokuratury Agata M., która romansowała z lekarzem Dariuszem Ch., w październiku 1996 r. wywabiła z domu jego żonę. Udusiła ją w samochodzie. Ciało ukrył w zaroślach nad Odrą znajomy. Policja znalazła szczątki pięć miesięcy później. Agata M. od początku twierdzi, że jest niewinna.

Autor artykułu: Alicja Hamkało

Sprawdzają okoliczności

Thursday, November 27th, 2003

Zwolniony za pijaństwo na dyżurze

Lekarz anestezjolog, który w niedzielę po pijanemu próbował ratować chorego, od poniedziałku już nie pracuje w szpitalu przy ul. Poniatowskiego. Prokuratura postawiła mu zarzut narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Lekarz po zapłaceniu kaucji 10 tys. złotych wyszedł na wolność, ale prokuratura tymczasowo wydała mu zakaz wykonywania zawodu.

- Takie przypadki nie powinny mieć miejsca – powiedział nam Dariusz Rychlewski, zastępca dyrektora wrocławskiego akademickiego szpitala klinicznego. – Ten lekarz już u nas nie pracuje.
Do zdarzenia doszło w niedzielę wieczorem we wrocławskim szpitalu przy ul. Poniatowskiego. Jeden z pacjentów zasłabł, a oddziałowy lekarz wezwał dyżurnego anestezjologa – Grzegorza M. Jak opowiadali nam pacjenci, medyk był tak pijany, że słaniał się na nogach i nie mógł prowadzić akcji ratunkowej. Reanimowany pacjent zmarł.
- Postępowanie jest w toku – powiedział nam Leszek Karpina, rzecznik prokuratury. – Nie wiadomo, kiedy się zakończy, czekamy na wyniki sekcji zwłok.
Sprawą zajęła się także dolnośląska izba lekarska. – Zwróciłem się do rzecznika odpowiedzialności zawodowej z wnioskiem o przebadanie sprawy. Rzecznik na pewno wystąpi do prokuratury o konieczne dokumenty – powiedział nam Andrzej Wojnar, przewodniczący DIL.
Rzecznik odpowiedzialności zawodowej po zbadaniu sprawy umorzy ją lub przekaże do sądu lekarskiego. Sąd może anestezjologa ukarać upomnieniem, naganą, zabrać mu prawo wykonywania zawodu. Jeżeli stan lekarza był przyczyną zgonu, medykowi grozi 5 lat więzienia.

Autor artykułu: Piotr Zarzycki

Aborcja między książki

Thursday, November 27th, 2003

Kontrowersyjna wystawa w Bibliotece Uniwersyteckiej

Wystawa dwunastu plakatów o tematyce aborcji i antykoncepcji, otwarta w poniedziałek w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej przy ul. Szajnochy, została wczoraj zamknięta. Pracownicy placówki nie chcieli oglądać plakatów o usuwaniu ciąży.

Katarzyna Gawlicz, organizator wystawy “Moje życie – moja decyzja”, twierdzi, że uzyskała zgodę na jej otwarcie od kierownika obiektu – Barbary Brzezińskiej-Kłosowskiej.
- Wszystko było ustalone, dlatego we wtorek uroczyście otworzyłyśmy wystawę, która cieszyła się dużym zainteresowaniem – mówi.
Jednak prace pokazywane w ramach 16 Dni Działań Przeciwko Przemocy Wobec Kobiet nie spodobały się pracownikom biblioteki i wczoraj Grażyna Piotrowicz, dyrektor administracyjny placówki, kazała je ściągnąć.
- Powiedziano nam, że powodem jest niezadowolenie społeczne – opowiada Małgorzata Szczepańska, opiekunka wystawy.
Plakaty przygotowane przez warszawską Federację na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny miały przekonać kobiety, że mogą same decydować o swoim ciele, czyli o losie płodu.
- Widocznie w bibliotece nie może pojawić się słowo “aborcja” – denerwuje się Katarzyna Gawlicz. – Trudno, znajdziemy inne miejsce na naszą wystawę.
Dyrektor Piotrowicz była wczoraj niedostępna. W jej biurze dowiedzieliśmy się tylko, że ona nie wydała zgody na wystawę i że biblioteka w ogóle nie jest miejscem na takie wystawy.
- To miała być wystawa o przemocy w rodzinie, z plakatami w rodzaju “bo zupa była za słona”, a nie o aborcji – tłumaczyła nam jedna z jej pracownic.
Pracownica biblioteki stwierdziła, że naganne było również to, że twórcy wyystawy rozpowszechniali ulotki o klinice aborcyjnej na statku “Langenort”, o którym było głośno kilka latem tego roku.
- Bardzo dobrze, że ją tak szybko zamknęli – uważa pracownik działu informacji naukowej.

Autor artykułu: Barbara Jaworska

Sąd w szpitalu

Thursday, November 27th, 2003

Nowe kłopoty z łączeniem szpitali Gromkowskiego i Rydygiera

Uchawała sejmiku o przekształceniach w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Gromkowskiego powinna zostać uchylona – stwierdził Andrzej Kubica, dyrektor wydziału prawnego i nadzoru urzędu wojewódzkiego i zaskarżył ją do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Uchwała, przeciw której protestowały związki zawodowe, zamieniła szpital przy ul. Rydygiera w oddział zamiejscowy Gromkowskiego.

Powodem decyzji prawników z urzędu wojewódzkiego jest brak wcześniejszej konsultacji ze zwiazkami zawodowymi. Przypomnijmy, że związki były przeciwne zmianom, głownie ze względu na zapis, że pracownicy, jakich Gromkowski odziedziczył po Rydygierze, zostali przyjęci do struktur szpitala na lepszych zasadach niż ich koledzy, który na Koszarowej pracują od lat. W zlikwidowanym szpitalu im. Rydygiera pracownikom wciąż przysługiwały np. nagrody okolicznościowe, których w Gromkowskim nie wypałcano od dawna.

Nie zapytali załogi

Nadzór prawny zakwestionował dwie uchwały sejmiku wojewódzkiego. Pierwsza dotyczyła przekształceń w Gromkowskim, czyli utworzenia oddziałów zamiejscowych szpitala, m.in w budynku przy ul. Rydygiera. Druga zmian w statucie szpitala im. Gromkowaskiego, które były skutkami tych rozstrzygnięć.
- Naszym zdaniem taka decyzja powinna zostać wcześniej skonsultowana ze związkami zawodowymi – tłumaczy Andrzej Kubica, dyrektor wydziału prawnego i nadzoru w urzędzie wojewódzkim. Kubica dodaje, że skierowanie sprawy do NSA jest wynikiem przekroczenia terminu 30 dni dla rozstrzygnięcia nadzorczego. – Tę uchwałę powinniśmy po prostu unieważnić, ale w wyniku konsultacji z urzędem marszałkowskim, który jest organem założycielskim obu placówek przekroczyliśmy termin rozpatrywania sprawy. Dlatego teraz musieliśmy zaskarżyć te uchwały do NSA.

Nadzór nie ma racji

Marek Moszczyński, wicemarszałek województwa, odpowiedzialny za służbę zdrowia, a więc także nadzór nad Gromkowskim, nie chciał z nami wczoraj rozmawiać. Jednak jego urzędnicy nie czują się winni zamieszaniu.
- Mamy dwie opinie prawne, z których wynika, że w tym przypadku nie trzeba było przeprowadzać konsultacji ze związkami zawodowymi – twierdzi Julita Ursyn-Szantyr z urzędu marszałkowskiego. Ursyn-Szantyr dodaje, że pracownikom byłego szpitala Rydygiera nic nie grozi. Jeśli nawet NSA przyzna rację urzędnikom wojewody to oba szpitale nie zostaną rodzielone, a oni nie stracą pracy. – Szpital im. Rydygiera już wcześniej został zlikwidowany, a uchwały likwidacyjne nie zostały zaskarżone. Nawet jeśli NSA przyzna rację urzędnikom wojewody, to po prostu trzeba będzie powtórnie przegłosować te uchwały. Tym razem jednak po wcześniejszych konsultacjach ze związkami – dodaje urzędniczka.

Praca jak zawsze

W szpitalu przy ul. Koszarowej decyzja nadzoru nie wzbudziła zbyt wielkich emocji.
- To jest kłopot sejmiku a nie mój – mówi Janusz Jerzak dyrektor szpitala im. Gromkowskiego i jego placówki w byłym Rydygierze. – Mnie obowiazują przepisy i mam jak najlepiej kierować swoja placówka w tej sytuacji prawnej jaką mam w tej chwili.
Także związki zawodowe w szpitalu nie komentują zaskarżenia uchwał sejmiku.
- Z wszelkimi komentarzami poczekamy do wyroku NSA – mówi Małgorzata Marchewka, zastępca związku zawodowego pielęgniarek i położnych w szpitalu im. Gromkowskiego.
Niestety może się okazać, że rozstrzygnięcie w tej sprawie poznamy dopiero za pół roku.

Autor artykułu: Bartłomiej Knapik

Gonera terrorystą

Wednesday, November 26th, 2003

LEGNICA

Znany z telewizyjnego serialu aktor Robert Gonera zagra w najnowszej premierze legnickiego teatru. 6 grudnia na scenie pojawi się jako 21-letni terrorysta w spektaklu “Porucznik z Inishmore” Martina McDonagh.

Reżyserowane przez Annę Wieczur-Bluszcz (jej spektakl “Proszę, zrób mi dziecko” – cieszył się dużą popularnością) przedstawienie opowiada historię walki o niepodległą Irlandię. Gonera spróbuje rozgryźć umysł terrorysty wracającego w rodzinne strony – na wyspę, gdzie pozostało mu do “załatwienia” kilka spraw.
- Zrezygnowałem na razie z serialu “M jak Miłość” między innymi po to, by zagrać w tym spektaklu – powiedział “Słowu” aktor.

Autor artykułu: MM